JAK TRAFIŁAM DO ANDALUZJI?

Pochodzę z małego miasteczka na Podlasiu. Urodziłam się w latach 70. Dokładnie w drugiej połowie lat 70. To może tyle o mnie…

Podlasie mojego dzieciństwa było magiczne. Pamiętam lasy, pola kwitnącego błękitem lnu, słońce w mroźne zimowe dni, kwiaty na szybach i szron na drzewach, ale też pamiętam pękające kaloryfery i kaktusa, który kwitł tylko wtedy, gdy padał deszcz. W te dni pamiętam też ciężką, kryształową popielniczkę i kieliszki do wódki.

Pamiętam też moją tęsknotę za innym życiem i pewność, że na nie zasługuję. Pamiętam wielkie łóżko obite pluszem, które na moją prośbę zabraliśmy z domu po dziadkach ze wsi i niezliczone ilości książek, które na tym łóżku przeczytałam. I moment, w którym postanowiłam pójść na studia w Poznaniu i zmierzyć się z wielką niewiadomą.

Pamiętam dobrze wszystkie trudne momenty w czasie studiów i po nich, kryzys gospodarczy początku lat dwutysięcznych. Pierwszą pracę i ten lęk, że nigdy nie będzie lepiej. A jednak było, udało się. Z ogłoszenia w gazecie poszłam na rozmowę rekrutacyjną do agencji PR. Czytałam kiedyś w tygodniku Polityka o PR i wydawało mi się to dość ciekawe. I tak zostałam PR-owcem. Pierwszym pracownikiem agencji, którą trzy lata później zostawiałam z dziesięcioma zatrudnionymi pracownikami i kilkunastoma klientami. A ja pojechałam do Warszawy, szukać szczęścia w wielkim mieście. Miałam tylko miano „najlepszego PR-owca przed trzydziestką” na rynkach finansowych i marzenia, że zdobędę świat. 

Zdobyłam. Rok później miałam własną agencję, klientów zza granicy, zatrudniałam ludzi i biegałam w szpilkach ze spotkania na spotkanie. I tylko te chwile wytchnienia w taksówkach, kiedy słuchałam historii prawdziwych ludzi… Które chwytały za serce, których tak bardzo mi było brak na co dzień. Nie miałam na nie czasu, pomiędzy tworzeniem strategii dla wielkich marek, zarządzaniem ludźmi, spotkaniami firmowymi i kolacjami z potencjalnymi klientami. 

Z niepokojem wspominałam czasy, kiedy po nocy spędzonej w barze, jechałam porannym tramwajem do pracy, ciesząc się byle czym, promieniem słońca, wspomnieniem przypadkowej rozmowy, odurzającym zapachem kwiatów. Z niepokojem, bo to się już nigdy nie miało powtórzyć. Czas nie był moim sprzymierzeńcem. Wiedziałam, że coś tracę, nie będąc pewną zarazem, że coś zyskuję. Nerwowo szukałam sobie nowych zajęć, żeby o tym wszystkim nie myśleć. Tak trafiłam na Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu. Jako ekspert-praktyk zaczęłam wykładać na podyplomowych studiach zarządzania projektami przedmiot „Kreowanie potencjału kierownika projektu”. Później prowadziłam też praktyczne zajęcia w ramach dotacji unijnych na innych poznańskich uczelniach wyższych. Ale romans z administracją nigdy nie był moim ulubionym. Dlatego zamiast wykładać, postanowiłam zająć się kulturą. Byłam rzecznikiem prasowym festiwali, organizowałam pokazy mody, nagrywałam teledyski muzyczne i zostałam menadżerką zespołu Tfaruk, grającego jazz z punkową energią. Jeździliśmy w trasy i narzekaliśmy na bolące plecy. Piliśmy whiskey, bo w naszym wieku nie wypada już piwa. A w sumie chętnie posiedziałabym w domu. Tylko tam się nic nie działo. 

Zamknęłam w międzyczasie moją firmę, korzystając z kryzysu gospodarczego. Poczułam, że doszłam do ściany i nie mogę się już dalej rozwijać, a nie lubię się powtarzać. Nie chciałam też „nabijać kasy” bankom i innym firmom, które tworzyły tak zwany „rynek finansowy”. Wartości, reprezentowane przez firmy, które ja reprezentowałam, stały w sprzeczności z moimi osobistymi wartościami. Czułam, że idąc na spotkanie z klientami, zakładam maskę. A ja miałam trzydziestkę i najbardziej na świecie chciałam być sobą. Zaczęłam więc współpracować z międzynarodowymi organizacjami pozarządowymi i zostałam certyfikowanym trenerem NGO w zakresie praw człowieka. Pisałam pierwszą i drugą książkę. Otworzyłam eksluzywną restaurację dla mojego przyjaciela. I mogłabym tak aż do śmierci…

I nagle przyszedł ten moment. Skończyły mi się wszystkie projekty. Nie zdarzyło mi się to nigdy wcześniej. Miałam dość. Złożyłam papiery w dużej agencji headhunterskiej, poszłam na rozmowę rekrutacyjną na wysokie stanowisko w świetnej firmie, nie dostałam tej pracy, bo jestem kobietą i postanowiłam wyjechać na długo odkładane wakacje do Andaluzji. 

Andaluzja mnie zadziwiła i zachwyciła. Plan był taki, że pobędę w Andaluzji tydzień, może dwa, potem odwiedzę znajomych w Portugalii i wrócę do Polski. Nigdy nie dotarłam do Portugalii. Nigdy nie wróciłam do Polski. Kiedy po kilku dniach pobytu w Andaluzji ktoś mnie zapytał „Czemu tutaj nie zamieszkasz?” odpowiedziałam sobie „A czemu nie?” i postanowiłam spróbować. Pod warunkiem, że postawię wszystko na jedną kartę. I będę żyła tylko z pisania…

@ Edyta Niewińska 2017 / Polityka Prywatności