Play Video

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z levante… Od niedawna mieszkałam w Vejer de la Frontera, andaluzyjskim pueblo blanco, znajdującym się na szczycie góry w pobliżu oceanu. Miejscu magicznym, pełnym dobrej energii i pięknych, zwyczajnych, prostych ludzi. Z uwielbieniem robiłam swoje regularne zakupy w warzywniaku, gdy usłyszałam szepty starszych pań: levante, levante… Co to jest ten levante? – bardzo chciałam wiedzieć. Mój hiszpański był marniutki, a one mówiły dialektem. Nie odważyłam się zapytać, ale pomyślałam, że to brzmi pięknie, jak melodia, poezja, obietnica czegoś zachwycającego.

Kilka dni później, w cieniu murów mauryjskiego zamku, czekałam na moją przyjaciółkę Sofíę. Przybiegła jak zawsze spóźniona, uśmiechnięta i z wiatrem we włosach.

– Słyszysz ten dźwięk? – Sofía najwyraźniej słyszała coś, czego ja nie słyszałam… – Ktoś gra na flecie.

Faktycznie, teraz to usłyszałam. Usiadłyśmy przy stoliku jednego z wielu barów na starówce, skrywając się pod parasolem przed oślepiającym słońcem. Zamówiłyśmy kawę z mlekiem, kelner zaserwował je w szklankach. Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. To mogło oznaczać tylko jedno – że według niego jesteśmy stąd. Turystom podawał kawę w filiżankach.

– Ta melodia zwiastuje mężczyznę, który jeździ po okolicznych miasteczkach. Ostrzy noże i nożyczki. Ale według legendy, powtarzanej przez starych mieszkańców miasta, jego obecność oznacza, że za dwa, góra trzy dni, będziemy tu mieć levante. Odczułaś już efekt levante?

– Sofía, nie wiem, o czym ty mówisz.

– Cariño, levante to wiatr. Nie spotkasz go nigdzie indziej, tylko tutaj, na Costa de la Luz. Latem przynosi upały, duszne powietrze i zmęczenie. Mieszkam tu już czternaście lat, efekt levante przyszedł do mnie po dwóch latach. Do ciebie też przyjdzie. Masz bezsenne noce? Jesteś zmęczona i rozdrażniona bez powodu? Nie masz siły i ciężko ci się skoncentrować? To levante. O, pamiętasz tego zabawnego Azjatę, który śpiewał piosenki na ulicy? Spotkałyśmy go kilka dni temu w barze. To też efekt levante. Levante jest jak twój prywatny psychoterapeuta – wyciągnie na wierzch to, co skrywasz głęboko w środku. Jeśli jesteś smutna, przygnębiona, zmartwiona, to będziesz się musiała z tym zmierzyć. A jeśli jest ci dobrze i rozpiera cię radość – no cóż, będziesz się cieszyć jeszcze bardziej. Tak działa levante.

Od tamtej rozmowy upłynęło już kilka lat. Przez ten czas wiele razy sama powtarzałam: levante. Ostrzegałam przed nim turystów i nowo zamieszkałych w naszym pueblo blanco. Uwielbiam smakować dźwięk tego słowa na języku, uwielbiam o nim mówić. Kiedy mieszkałam na Gran Canarii, tęskniłam za levante. Był moim punktem odniesienia, moim powrotem do domu, moim marzeniem o ciepłych nocach wypełnionych zapachem kwiatu pomarańczy. Pozostaję zafascynowana tym zjawiskiem, niezmiennie mnie zachwyca za każdym razem, kiedy przychodzi. Teraz, kiedy robię zakupy w moim warzywniaku, kiwam głową ze zrozumieniem, słysząc słowa – Levante nadchodzi. Już wiem, co to dla mnie i dla mieszkańców mojego miasta oznacza. Nadchodzi czas opowieści, czas skonfrontowania się ze swoim najgłębiej skrywanym ja. Czas prawdy, bycia obecną tu i teraz. Stanięcia twarzą w twarz z tym, co cieszy do bólu albo bólem rozsadza rozpalone serce. Tutaj, w moim świecie pełnym niezwykłych historii i magii, nie ma od tego ucieczki.

„Levante, powiedział wczoraj wieczorem mężczyzna wynajmujący mi pokój w Vejer. Nie bój się, to levante znów nadchodzi. Mam nadzieję, że nie przyjechałaś tu surfować, hija, bo nie będzie fal. Ani jutro, ani przez następnych kilka dni. My tutaj umiemy żyć, nawet żywioł nie jest w stanie nam w tym przeszkodzić. A teraz idź spać, jak nie będziesz mogła zasnąć, wypij kieliszek sherry. Levante przynosi sny. Stawy cię bolą, nie? Dobrze, ale gdyby bolały, napij się sherry. To tylko levante, źle śpią ludzie, budzą ich sny, nie bój się, to nic strasznego, hija, zamknij okiennice na noc. Jak nie będziesz mogła zasnąć, idź do baru, na dole. My tu jesteśmy bezpieczni, tu nikt nie kradnie, nie morduje, tu się nic nie dzieje. To jest bardzo spokojne miasteczko, czasem tylko ten levante…

Obudziłam się i już wiedziałam, czym jest levante. W nocy musiałam zamknąć okiennice, bałam się, że wiatr je wyrwie z zawiasami. Teraz wieje jeszcze mocniej. Levante, powiedział stary, przynosi sny. To wiatr, który otula senną, zmęczoną głowę gęstą powłoką wspomnień, które być może nie miały miejsca. To sen, który mógł być twoją przeszłością. To zapowiedź tego, co mogłoby się zdarzyć albo zdarzyło się tylko w twojej głowie. 

Wiatr pędzący z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę pośród uliczek białego miasta na szczycie góry. A więc to jest Vejer. Jakże inne od Kadyksu, inne od tego, co dotąd widziałam. Z łatwością można się tu zgubić, plan starego miasta przypomina bardziej marokańskie mediny, niż europejską zabudowę. Dziadek dał mi mapę, choć po doświadczeniu z Maroka i tak wiem, że nie bardzo mi się tu przyda. Białe, wąskie uliczki otaczają zamek i kościół, wijąc się wzdłuż murów, z których widoki dwieście metrów w dół zapierają dech w piersiach. Pośrodku tej plątaniny zamek, usytuowany na najwyższym punkcie wzgórza. Nie wiem, co piękniejsze – to miasto, jego niespokojna, rozedrgana wiatrem atmosfera, czy świadomość, że jestem tak blisko spełnienia. Gubię się pośród białych zaułków, wydaje mi się, że śnię, ale wystarczy rozłożyć dłonie na szerokość ramion i dotknąć murów, żeby się przekonać, że to naprawdę.” / Fragment powieści „Levante”, Edyta Niewińska

@ Edyta Niewińska 2017 / Polityka Prywatności / Projekty